STANISŁAW LUBAŃSKI (MISTRZ POLSKI Z 1958 ROKU) NIE ŻYJE.

Niedziela, 1 marca 2020

Wspomnienie o Staszku Lubańskim

 

Przed chwilą dotarła do nas hiobowa wieść o odejściu Staszka Lubańskiego. To jest wieść straszna i bolesna. Niby musieliśmy się przygotowywać na tę smutną ewentualność, skoro wiadome było, że Staszek czuje się coraz gorzej i stało się tak źle, że musiał być leczony w szpitalu , ale człowiek nie może sobie wyobrazić, że tak Wspaniały Człowiek jak Staszek – może zakończyć życie.

Staszka Lubańskiego poznałem w 1956 roku kiedy to zacząłem uprawiać szermierkę w W.K.Sz. „Kolejarz” . Już wtedy Staszek był doskonałym szermierzem i to w dwóch broniach; - we florecie i w szpadzie. Był przede wszystkim doskonałym florecistą ale miał tak znakomitą technikę floretową, dynamizm na planszy, niesamowitą inteligencję i polot w akcjach bojowych , lekkość, skoczność, skuteczność w atakach i w obronie, maestrię w działaniach zamykających , że był także reprezentantem naszego Klubu także w szpadzie. Ja pretendowałem wtedy do reprezentacji Klubu w szpadzie – ale „nie umywałem się” do tej reprezentacji wobec konkurencji Staszka. Tak więc obok Jerzego Wojciechowskiego, Jacka Dzięglewskiego, Adama Krajewskiego, Jerzego Kłosowicza ; - tym piątym w drużynie reprezentacyjnej był właśnie Staszek a nie ja. W 1958 r. ( gdy ja byłem w czynnej służbie wojskowej w Dęblinie ) Staszek Lubański obok Jurka Wojciechowskiego , Jacka Dzięglewskiego i Jurka Kłosowicza – był członkiem drużyny szpadowej WKSz. „Kolejarz”, która zdobyła drużynowe Mistrzostwo Polski w szpadzie. Pamiętam też Staszka, który w mundurze wojskowym komandosa z Krakowa, w czerwonym berecie – imponował nam służbą w najbardziej „męskim” wojsku w Polsce. Pamiętam też Staszka na wieczorkach tanecznych w naszym klubowym składzie, kiedy to Staszek pokazywał nam arcymistrzostwo w tańcu na parkiecie, zwłaszcza w bardzo modnych wtedy rock and roll’ach , sambach, rumbach, twistach , boogie – woogie, szybkich foxtrotach itp. prezentując doskonałe wyczucie rytmu, gibkość całego ciała, prowadząc delikatnie partnerkę w tańcu na parkiecie z wyszukanymi figurami i obrotami. Staszek był w tańcach najlepszy z nas i często zdarzało się , że jego i partnerkę otaczaliśmy kręgiem i podziwialiśmy kunszt, subtelność i piękno jego tańca. Staszek jawił się nam jak Król Życia. Staszek był jednak doskonały nie tylko w sporcie i w tańcach , ale był erudytą w rozmowach na każdy temat, był „duszą towarzystwa” a jego zdanie w najróżniejszych kwestiach było wyważone, rozsądne i celne w konkluzjach. Później Staszek wyjechał do Anglii a w końcu „zapuścił korzenie” w Krakowie , kontakt więc ze Staszkiem stał się rzadkością. Zawsze jednak na spotkaniach z nim, czy to w Krakowie, czy we Wrocławiu – w siedzibie Klubu lub u gościnnego Jurka Wojciechowskiego , miało się poczucie rozmowy z wspaniałym człowiekiem, uosobieniem życzliwości, poczucia humoru i dobroci. Pragnąc kontaktu ze Staszkiem – często rozmawialiśmy z nim przez telefon z odległości Płock – Kraków i były to zawsze rozmowy ciepłe, koleżeńskie i pełne wzajemnej życzliwości i zrozumienia.

Wszystkim nam będzie Staszka bardzo brakowało – świat już nie jest taki sam, będziemy czuli pustkę i brak Staszka, gdy chcielibyśmy z nim porozmawiać , cieszyć się jego obecnością i życzliwością. Zachowamy go jednak w naszych sercach na zawsze wśród najwspanialszych ludzi, przyjaciół i kolegów.

 

Grzegorz Falkowski